Sprawy mają się tak, że jest to już któreś wydawnictwo Profanatica recenzowane przeze mnie. Miałbym łatwiej, gdyby panowie zmieniali cokolwiek w swojej muzyce.
Niestety, albo i stety, „Thy Kingdom Cum” przynosi nam kolejną dawkę bluźnierstw oblanych lepką, gównianą mazią, nie różniącą się niczym od wcześniejszych dokonań zespołu. Brzmi to może nie najlepiej, ale jeśli ktoś przeczytał moje wcześniejsze recenzje, ten wie, że takie granie wybitnie mi służy. No, może nie wybitnie, ale jednak służy. Totalny, prymitywny czarny metal, podczas słuchania którego różne wizje przewijają mi się przez myśl. A to facet w habicie przybija sobie chuja do drewnianego krucyfiksu, a z każdym uderzeniem młotka wykrzykuje „Zdrowaś!’, a to zakonnica wpycha sobie monstrancję z gwoździ w odbyt, szepcząc w spazmach bólu „Kyrie Eleison”, a to ministrant przypala sobie swoje młode ciało kadzidłem, recytując przykazania kościelne, a to stara kobieta podchodzi do konfesjonału, z książeczki do nabożeństwa wyciąga żyletkę, odcina sobie język i przepycha go przez kratki zawodząc cicho. Ja jestem nienormalny? Lepiej posłuchajcie „Thy Kingdom Cum”, które to wywołuje u mnie te obleśne wizje. To jest chora muzyka dla chorych ludzi, nie ma innej opcji – to jest ekstremalne nawet dla ludzi z ekstremą obcujących. Co nie znaczy, że jest złe – jest obrzydliwie dobre.
Nie polecam krążka Profanatica nikomu – kto ma ich kupić, już pewnie dawno odłożył pieniążka na”Thy Kingdom Cum”. I spuszcza się nad tymi dźwiękami regularnie.
Tracklist: