Wydany w roku 1994 „The Division Bell” okazał się być ostatnią płytą Pink Floyd z premierowym materiałem. Co prawda pogłoski o nagrywaniu kolejnego albumu pojawiały się regularnie, można było natrafić na „stuprocentowo pewne i potwierdzone” informacje co do tytułu nowego dzieła (najczęściej padało „Liquid”), niemniej, jak się okazało, David Gilmour uznał, że potencjał twórczy Pink Floyd wyczerpał się (jak sam ujął – „bak jest pusty”). Tak więc, firma EMI postanowiła co nieco przetrzepać swoje archiwa.
Pierwotnie mówiło się o płycie z nagraniami z sesji dla radia BBC. Co zresztą, pamiętając sukces podobnego albumu Led Zeppelin, wydawało się pomysłem bardzo dobrym tak marketingowo, jak i artystycznie (bo nagrania miały ponoć pochodzić głównie z pierwszej połowy lat 70.). Tym niemniej, ostatecznie do wydania archiwalnych sesji radiowych nie doszło. Zamiast tego, postanowiono wydać album dokumentujący ostatnie koncerty Pink Floyd w czteroosobowym składzie (no, powiedzmy – Wright był już wtedy na prawach muzyka gościnnie towarzyszącego zespołowi), czyli zapis koncertów promujących album „The Wall” z lat 1980-81. Ostatecznie, album ukazał się wiosną 2000 roku.
Wydano go w edycji specjalnej i zwykłej: zwykła to po prostu klasyczne plastykowe pudełko z płytami i książeczką, specjalna (nie różniąca się niczym co do zawartości muzycznej) to sporego rozmiaru książka, z płytami wsuniętymi w małe kieszonki w okładce (co zresztą okazało się sporą wadą tego wydania – najlepiej od razu przełożyć płyty do pudełka, bo bardzo łatwo je porysować przy wkładaniu i wyjmowaniu z kieszonek). A w środku: masa zdjęć, wspomnienia muzyków (całej czwórki), Geralda Scarfe’a (rysunki jego animacji też zamieszczono), Jonathana Parka i Marka Fishera (projektowali scenografię – w książce jest plan sceny), inżyniera dźwięku Jamesa Guthriego.
Od strony edytorskiej: imponująco. A od strony muzycznej? Bardzo udany, znakomity dokument. Kryzys kryzysem, kłótnie kłótniami, ale na scenie panowie potrafili się skupić i dać publiczności świetny show.
Sama struktura „The Wall” niespecjalnie pozwalała na improwizacje, aczkolwiek tam, gdzie się dało, jest sporo rozbudowanych solówek i partii instrumentalnych. Zresztą, jak niektórzy twierdzą, dokładnie tak miały te utwory wyglądać w oryginale, tyle że wytwórnia wymusiła przykrojenie oryginalnego „The Wall” do dwóch płyt winylowych. „The Show Must Go On” jest w pełnej wersji, z dodatkową zwrotką, przearanżowano finałowe „Outside The Wall” jest „What Shall We Do Now”, a instrumentalny mostek, dodany po to, żeby można było dokończyć budowę muru na estradzie, zyskał oficjalny tytuł „The Last Few Bricks” (na bootlegach nazywało się to „Almost Gone”). Są krótkie zapowiedzi, jest też tzw. „surrogate band” – czwórka muzyków „zastępująca” tych właściwych, występująca w plastykowych maskach na twarzach. Są odtworzone z taśmy efekty dźwiękowe, monolog groupie, wrzaski nauczyciela…
Nie da się ukryć – jest to płyta dla fanów. Dla tych, którzy już znają studyjny oryginał „The Wall”. Dla nich – to prawdziwa uczta i znakomita pamiątka, piękny dokument., jak na tą chwilę oprócz pierwszej części "Ummagummy" i koncertu w Pompejach jedyna pełnowymiarowa rejestracja klasycznego składu Pink Floyd na żywo. Jeśli ktoś jeszcze nie zna „The Wall” – niech na początek sięgnie po oryginał. A przy okazji – może by tak do pełni szczęścia wreszcie wydać wizualny zapis koncertów? Podobno rejestracje ostatnich koncertów z 1981 wcale nie wyglądają tak źle, jak twierdzi Waters. A najlepiej - inne koncertowe archiwalia. Może by tak jednak wydać te sesje BBC?...