|
Nigdy dość Mirakle
Wydawca: W A B
Autor: Andrzej Czcibor-Piotrowski
cena detaliczna: 39,90 zł
Moja Super Cena : 23,94 zł
Rabat 40%
Dalszy ciąg głośnych powieści Rzeczy nienasycone (finał nagrody NIKE 2000) i Cud w Esfahanie.
Początek roku 1945, wojna dobiega końca. Andrzej wraz z grupą kilkunastu chłopców z Esfahanu przebywa drogę z Port Saidu do Edynburga. Celem podróży jest Anglia, ale tymczasem młodzieńców czeka kilkutygodniowy pobyt w Szkocji. W tamtejszej Szkole Morskiej i Szkole Podchorążych, wśród nowych kolegów, dwóch pielęgniarek i mądrego jezuity, Andrzej coraz lepiej poznaje siebie. Staje się bardziej dojrzały i świadomy, jednak dalej ulega żywiołowi fantazji i nienasyconemu, rozbuchanemu Erosowi. Niemal fizycznie doświadcza chłopięctwa i dziewczęcości. Przeszłość nieustannie powraca pod postacią matki, a przyszłość przepowiada baśniowa, tajemnicza Morag.
W przededniu swoich szesnastych urodzin bohater przeżywa wielkie wtajemniczenie, a wkrótce potem płynie do Polski. Wraca do domu, do ojca, do rodziny. Kończy się przymusowe wygnanie. To powrót do „normalności".
Nigdy dość to zwieńczenie jednego z najbardziej niezwykłych cyklów powieściowych w polskiej literaturze.
Z recenzji poprzednich części cyklu:
Niezwykłe połączenie piekła wojny i raju odkrywanego (od dziewiątego roku życia!) seksu, w którym zgorszeni recenzenci chcieli zazwyczaj widzieć fantazje, sposoby oswajania wojennego koszmaru.
Michał Cichy, „Gazeta Wyborcza"
Jeżeli rzeczywiście klasę pisarza można poznać po jakości opisywanych przezeń scen erotycznych, to Czcibor-Piotrowski to ekstraklasa.
Wojciech Woźniak, „Rzeczpospolita"
Andrzej Czcibor-Piotrowski dał popis stylu i wyobraźni.
Dariusz Nowacki, „Gazeta Wyborcza"
Fragment 1
- A ty skąd?
odpowiadam zgodnie z prawdą, nie mogąc - bo i jak? - przewidzieć nieporozumienia o tak przykrych
dla mnie skutkach, tak upokarzającego:
- Z Warszawy...
i podnoszą się od stolików, podchodzą do mnie, po dwóch, po trzech, ściskają mi rękę, w końcu zaś przedstawiają mnie niewidomemu porucznikowi, który nie wstał jak inni z miejsca, a on potrząsa mocno moją ręką, wyjmuje z kieszeni portmonetkę i wręcza mi kilka srebrnych monet (rozpoznaję floreny i półkoronówki), i choć to dla mnie istny skarb, nie chcę ich przyjąć, próbuję tłumaczyć pomyłkę, ale on nie pozwala mi dojść do głosu i mówi jedynie:
- Mój chłopcze, przyjmij to, proszę, jako skromny podarunek od żołnierza dla żołnierza...
a ja naprawdę nie wiem, co powiedzieć, zaczerwieniony po uszy bąkam coś niewyraźnie o zesłaniu, o Rosji, Uzbekistanie i zawstydzony, jakby przyłapany na oszustwie, na wyłudzeniu, usuwam się w cień, i w cieniu, innym - leżymy w łóżkach w pokojach gościnnych, światła już zagaszono, a tym razem nie ma przy mnie ani Felka, ani Albina, bo na tę noc umieszczono ich w innej sali - spada mi nagle rzucony na głowę koc, otula szczelnie twarz, zasłania oczy, tak że niczego nie mogę dostrzec, i czyjeś ręce obracają mnie na brzuch, zdzierają spodnie od piżamy i na moją krągłą, wypukłą, ponętną dziewczęcą dusię (którą, jeśli już pozwalałem sobie odsłaniać lub sam odsłaniałem, to nie po to, by wystawiać ją na bicie) spadają razy, tłuką mnie - jest ich wielu - to zwiniętą w pięść dłonią, to pasem ze stalową sprzączką, to czym kto ma pod ręką: butem lub menażką, mocno, by bolało, i słyszę przyciszone głosy, nie poznaję ich, nie rozróżniam:
- To za te twoje kłamstwa!
- Jaki tam z ciebie powstaniec?!
- Dziewucha, nie chłopak!
- Należy ci się!
- A masz! A masz! A masz!
Fragment 2
Wybraniec
Czułem, jak ziemia obraca się coraz szybciej, jak ucieka, jak wyrywa mi się spod stóp, a ja stoję w miejscu, ale raz po raz jestem gdzie indziej, bo ten obrót sprawia, że wszystko wokół się zmienia, chłonę to z podziwem, ze zgrozą, z zachwytem... i nagle wstrząs: świat nieruchomieje, zastyga, jestem tylko ja, miejsce, chwila, wstrzymane w ruchu, zamarłe, choć wielka wojna wciąż trwa,
i obiecuję sobie, że może jeszcze dziś sięgnę w czytelni Domu Żołnierza po gazety i dowiem się, pochylając się nad wykresami linii frontów, jak daleko jeszcze do jej końca, od którego wywiodę nowy początek, przełom, i wiem, że to oczekiwanie - na co? na kogo? na siebie samego zmieniającego się w każdej chwili, odmienionego? - nie skończy się, nigdy nie będzie dość, i mówię sobie:
Niech tak będzie!
Niech tak się stanie!
i nagle usłyszałem tę muzykę, głośną, przenikliwą, rozwichrzoną, wysokie tony dud, i rozpoznaję znaną mi już melodię, i oszołamia mnie jej rytm, jej i chmurnego dnia, i ożywia nadzieję: coś się stanie, coś się wydarzy,
i stało się,
zagryzłem wargi, potrząsnąłem głową, nagle mały, jeszcze mniejszy, aby ominął mnie ten wir: nadlatujące zewsząd domy, drzewa, latarnie, samochody i ludzie porwani wprost z chodników, unoszący się coraz wyżej, parasole, laski, teczki, torby, psy i koty - i wszystko to dzieje się obok mnie, nade mną, i dany mi jest znak, trafiam na trop, odnajduję tor, którym przemknę, by nie porwała mnie ta wichura,
i budzi się we mnie akt strzelisty: dziękuję jej, mojej pięknej umarłej mamie, strzegącej mnie z daleka, oddalam się od tej burzy, dosięgającej mnie jedynie dobrzmiewającym tchnieniem, a więc ocalałem, jestem, żyję, i nagle zaskoczyły mnie - przekorne wobec życia, jakby kapryśnie mu zaprzeczające - słowa, które słyszałem z jej ust, gdy odchodziła:
- Nigdy dość się nie umiera...
i pomyślałem, czy nie umierała też za mnie, wróżąc mi długie szczęśliwe życie w zamian za swoje, okrojone, ale dławiące się, zachłystujące nadmiarem szczęścia, tak obficie, tak szczodrze spływającego na nią, zanim Wschód drgnął i ruszył, i zagarnął ją wraz z nami, by wkrótce potem wchłonąć ją głęboko, na zawsze...
i uszczęśliwiony tą jawną więzią z nią, z moją piękną mamą, stanąłem na drogach wolności, rozbiegających się krętymi ścieżkami, grożących niejedną ślepą uliczką, rozpisanych na z górą tysiąc dni i nocy... a ludzie - nieprzebrana rzesza... będę z nią, w niej szedł dalej, coraz dalej...
a więc: przeszedłem przez ucho igielne,
gdzie jestem? kiedy?
i wyznaczam czas: styczeń tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku,
określam miejsce: Edynburg...
i już samo tamto spotkanie na stołecznej ulicy przed gospodą, tuż po przyjeździe, pierwszego dnia, wróżyło tak wiele, że budząc się co rana po nocy rozkwitającej bogato snami, wiedziałem na pewno, że coś zdarzy się lada chwila i że trzeba okazać się godnym przyjęcia spodziewanego-niespodzianego, aby mnie nazbyt nie zaskoczyło,
„Muszę - powtarzałem sobie - być wart, czego: daru? łaski? wyróżnienia? wyboru?..."
ale tego nie mogłem wiedzieć i odmawiałem te swoje akty strzeliste, błagając, by sprzyjało mi szczęście, bo moja piękna mama powtarzała, że trzeba upierać się nie tylko przy życiu, lecz także przy szczęściu, i zwracałem się do niego, do szczęścia:
- Przyjdź! Czekam! Będę się starał okazać godny i gotowy!
i w rozmowach z Albinem, Obim, moim przyjacielem jeszcze stamtąd, z Esfahanu, a prowadziliśmy je właściwie nieustannie, bo siedzieliśmy obok siebie przy stole w kasynie, razem chodziliśmy po zarośniętym gęstwiną kolczastych krzewów ogrodzie na tyłach kamienicy, w której mieszkaliśmy, i spaliśmy w sąsiednich łóżkach, a gdy tylko gasły światła, albo on przychodził do mnie, albo ja przebiegałem niecierpliwie tę wąską ścieżkę między naszymi łóżkami i wślizgiwałem się pod koc, który gościnnie się dla mnie uchylał,
i gdy leżeliśmy już, przytuleni ciepło do siebie, musiało
paść to słowo:
- Wybraniec!
a próbowaliśmy domyślić się, odgadnąć, kto z nas pierwszy nim będzie, i zgadzaliśmy się, że musi to spotkać nas obu, może nie jednocześnie, bo ani on, ani ja nie chcieliśmy, by któryś z nas poczuł się skrzywdzony i poniżony - niewyróżnieniem,
i przekonywaliśmy się nawzajem, że obaj wybrańcami zostaniemy, wierzyliśmy w to niezachwianie, i tę wiarę umacnialiśmy w sobie, ja w nim, on we mnie, prosiliśmy o to we wspólnym westchnieniu tuż przed uśnięciem i wiedzieliśmy, że na pewno przyśni się nam to, co ani na chwilę nie pozwalało o sobie zapomnieć: ten wybór, który musi się dokonać,
a już we śnie prosiłem swoich świętych orędowników w niebie, żeby za wstawiennictwem mojej pięknej umarłej mamy (bo ona na pewno dotrzyma przyrzeczenia, że dopóki będę słaby i bezbronny, ktoś zawsze wybierze mnie do szczęścia) to się dopełniło, i niezachwianie wierzyłem, że tak musi się stać,
- Już jutro to na pewno się wydarzy - szeptałem przez płytki na razie sen, czując jeszcze na ustach motyli dotyk warg Albina, swojego druha, który nigdy nie okazywał - bo jakże by mógł? - niecierpliwości, gdy nie nadążałem za nim, godził się na moją słabość, ułomność i odmienność,
a tymczasem - inaczej niż wtedy - mgła, choć, zdawałoby się, lekka i ulotna, spadała ciężko na domy, na latarnie, na przemykające samochody, a wraz z ruchem piętrowych autobusów jakby uciekała biało-czerwoną smugą, tak naprawdę jednak tkwiła w miejscu, czuło się jej brzemię, zwiewne, lecz rzeczywiste, na włosach, wchłaniających jej wilgoć pospiesznie i chciwie, bo ponoć przydaje im ona gęstości i siły, i pochwycony za nie przez wiedźmy uniosłem się w powietrze, a one, lecąc obok, niosły mnie do swoich jaskiń i kryjówek w górach, bym im tam służył,
i kiedyśmy przedzierali się przez coraz gęstsze zaspy mgły piętrzące się przed nami, pochyliłem się do Albina, który wiedział, o czym myślę, bo znał mnie już od blisko trzech lat i wspólnie odbyliśmy tę długą podróż z Esfahanu aż tutaj, łączyła nas prawdziwa przyjaźń i różne małe tajemnice, a teraz szedł ze mną Prince's Street, ulicą Księcia, główną arterią szkockiej stolicy,
- Chciałbyś - spytałem - żeby już teraz zdarzyło ci się...?
- Wolałbym - przerwał mi w pół zdania - żeby nie tylko mnie, ale nam obu...
i wiedziałem, że pragnie, byśmy spotkali się już teraz w tym locie...
a to wielkie obce miasto z wolna nam ulegało, oswajaliśmy je sobie: dom, kamienica, kino, kościół, sklepy, witryny, wystawy, ulica, aleja, skwer, park, i teraz, w poznanym i wciąż poznawanym, zmęczeni przysiedliśmy w końcu na zamykającym stromą skarpę kruszącym się murku,
i nie patrzyliśmy już w dół, na połyskującą pod nami metalicznie plątaninę szyn z przesuwającymi się z głuchym łoskotem pociągami, lecz podnieśliśmy wzrok w górę, na stary zamek wieńczący wzniesienie, gdzie ponoć więziono królową Szkotów, choć nie tutaj skłoniła
pod topór swoją piękną i dumną głowę,
nagle jednak nasze wspólne myśli rozbiegły się, nie wiedziałem, co roi się Albinowi, bo pochłonęło mnie to urzekające widzenie:
pośród krzykliwej wrzawy, wysokiego pisku dud i głuchego dudnienia bębnów zbliżała się rudowłosa szmaragdowooka dziewczyna dosiadająca na oklep wielkiego czarnego kozła, który naraz utkwił we mnie groźnie pożądliwe spojrzenie mieniących się złociście oczu i zatrzymał się tak niespodzianie, że naga amazonka musiała uchwycić się mocniej jego wygiętych szabliście rogów, by utrzymać się na grzbiecie zwierzęcia, i stamtąd, z wysoka, spojrzała na mnie władczo,
- I am Morag - odezwała się życzliwie. - And what is your name?
- Andrzej... Drzejek... Uta... - nagle nie wiedziałem, kim naprawdę jestem,
ale Morag nie wsłuchiwała się dociekliwie w moje słowa i przetłumaczyła je po swojemu:
- Andy! Pojedziesz ze mną!
i pchnęła swojego wierzchowca, ściskając jego boki nagimi udami, i kozioł podszedł blisko, jeszcze bliżej, tak że wystarczyło podnieść się z murku i przerzucić nogę nad lśniącym aksamitnie czernią zadem, i już siedziałem za Morag, która obracając ku mnie swoją promienną twarz, szepnęła jeszcze tylko kilka słów przestrogi:
- Trzymaj się mocno!
uprzedziła mnie w ostatniej chwili, bo nagle czarny cap odbił się lekko od ziemi jak do skoku i wzniósł w powietrze, a miasto z wolna przesuwało się pod nami, coraz to mniejsze i cichsze,
a już w locie Morag odezwała się znowu:
- Wiem o tobie wszystko. Przybyłeś z dalekiego kraju, skąd wywieziono cię jeszcze dalej, stamtąd zaś, zatrzymując się w drodze nie raz, nie dwa, przypłynąłeś tutaj. I tu cię to spotka po trzykroć: do tamtych trzech lat przybędzie jeszcze trzy na Wyspie, a każdy rok... - nie dokończyła, dodała tylko: - Kto, ta dziewczyna? Kim jest ten chłopiec...?
- A ty skąd to wiesz? - spytałem nieroztropnie nieznajomą, ale odpowiedziała mi jedynie uśmiechem wprost od źródeł światła i tajemnicy,
„A więc to nie jest wiedźma, ale dobra wróżka, fairy queen z baśni. Nic nie jest jej obce, jej umysł ogarnia wszystko, a swoimi smukłymi dłońmi może dokonać cudu" - pomyślałem, olśniony tym poznaniem,
i westchnąłem szczerze o to spełnienie, ale miałem tyle pragnień, nie wiedziałem więc, od którego właściwie Morag miałaby zacząć,
i pozostawiłem to w rękach rudowłosej, przylgnąłem tylko ściślej do niej i objąłem mocniej, aby nie zniknęła, nie rozpłynęła się, by trwała tu ze mną, skupiona i ufna, w oczekiwaniu cudu, i lot we dwoje trwał, póki Albin nie dotknął mojego ramienia i nie powiedział stanowczo:
- Wiesz, Drzejku, musimy pójść do Domu Żołnierza, by zgłosić tam swój przyjazd,
i nie mija nawet pół godziny, a jesteśmy już w kamienicy oznaczonej numerem dziewięć przy Moray Place, placu Moraya, w sali klubowej Domu Żołnierza, gdzie mają nam, przybyszom z Azji i Środkowego Wschodu, wręczyć brytyjskie dowody tożsamości, i widzimy, że będzie to nie byle jaka uroczystość, bo przy kilku zestawionych ze sobą stolikach siedzą: niemłody już Szkot (a jakże: w kraciastym narodowym kilcie) w otoczeniu kilku urzędników, jest też nasz opiekun, towarzyszący nam od Esfahanu, pan profesor Henryk Hadała,
i obaj z Albinem dołączamy do gromadki kolegów, i czekamy, póki nas też nie wywołają, aż tu nagle spostrzegam wśród pań uczestniczących w tym uroczystym akcie młodą kobietę tak bardzo przypominającą moją piękną mamę, że z trudem się powstrzymuję, by, natychmiast, już teraz, nie podbiec do niej i nie rzucić się jej na szyję z okrzykiem:
- Mamo!
a ona też mnie widzi, patrzyła na mnie od chwili, kiedy się tu pojawiłem, i wybrała mnie, i wiem z całą pewnością, że stanie się to, co przeczuwam, a co zapowiedziała jasnowidząca Morag, bo gdy - wywołany po imieniu - podchodzę do stolika i potwierdzam, że tak właśnie się nazywam, ona zbliża się, kładzie dłoń na moich włosach, które zmartwychwstały po tyfusie i znów okrywają mi głowę bujną czupryną, i pyta mnie tym tak dobrze mi znanym, niskim, brzmiącym tak blisko, tak swojsko głosem:
- Bardzo bym chciała zostać twoją mamą, być nią... A ty? Zgodzisz się?
zatem to nie złudzenie, nie sen, ale najprawdziwsza prawda, i pochylam się nad jej ręką, i całuję ją stwardniałymi naraz wargami,
- Chcę... zgadzam się... mamo... - jąkam się, krztuszę, zachłystuję ze wzruszenia...
i odważyłem się: wymówiłem to święte słowo, przeznaczone tylko dla niej, mojej pięknej umarłej mamy, jednej jedynej, choć pod dwiema postaciami: tu i tam... jako w niebie tak i na ziemi.
a ona wie, że moja piękna mama nie żyje już od z górą trzech lat, że ta ogromna bezgraniczna pustka po mamie we mnie przyjmie ją bez wahania, że już jest w niej, już ją wypełnia, młoda i piękna, bliźniaczo do tamtej podobna, pani pułkownikowa Stebelska (tak się nazywa - dowiem się niebawem), i teraz pochyla się, unosi moją twarz obu rękami i całuje mnie w usta, i wierzę: to jest moja mama, bo jej wargi, jej ślina mają ten sam smak i jej pot ma taki sam żywiczny zapach, że to po prostu moja mama: przecież obiecała mi, że nigdy mnie nie opuści - i najpierw wcieliła się w Marusię, swowolną i upartą, później w dobrą panią Tosię, a teraz w panią pułkownikową, moją nową mamę,
i wtulam się między jej piersi, i słyszę, jak szepcze z czułością:
- Teraz ja będę twoją mamą...
i przypominam sobie, że słyszałem już te słowa, tę jakby rotę przysięgi, tylko w innym - obcym, lecz z wolna oswajanym tam, daleko na północy - języku,
i nie mogę wydobyć z siebie głosu, nie rodzi się żadne żywe słowo, przytakuję tylko, przejęty, a ona dodaje jeszcze, że ma córkę Anię i że będzie ona moją siostrzyczką, ma prawie tyle samo lat co ja, mnie jednak wciąż trudno zdobyć się na odpowiedź, na potwierdzenie, ale ona doskonale wie, że niczego bardziej nie pragnę, i głaszcze mnie po głowie, czuję jej dłoń przy swojej twarzy, i przywieram do niej ustami, długo, i w końcu szepczę:
- Tak bardzo cię kocham, mamo...
i dodaję w myślach:
„Wszystka jesteś piękna..."
słowa z modlitewników, z Pisma, z legend...
a gdy wreszcie otrzymuję z rąk szkockiego urzędnika kartę tożsamości, Identity Card, i wymieniamy uścisk dłoni, pani Stebelska ujmuje mnie za rękę i wychodzimy przed dom, gdzie czeka służbowy samochód pana pułkownika, szofer z ukłonem otwiera drzwiczki, wsiadamy, a po chwili jedziemy już przez zmierzchające z wolna miasto na przedmieście, do willi przy ulicy Świętej Katarzyny, gdzie od dziś będzie mój dom rodzinny, i mama, i siostra (jaka też ona jest? - zastanawiam się - na pewno bardzo ładna), i tata (czy dorówna - myślę - mojemu wspaniałemu papie?),
i nagle, wsparty o ramię pani pułkownikowej, uświadamiam sobie, że to nie może się stać, bo przecież nie jestem sierotą: co prawda moja piękna mama umarła, odeszła ode mnie, to jednak tateńko pewnie żyje, odnajdziemy się - on mnie albo ja jego - nie mogę więc wejść w ciepły krąg innej rodziny, choć pani Stebelska tak bardzo przypomina moją mamę, staje się nią, Ania zaś mogłaby być moją siostrą, o jakiej zawsze marzyłem,
i zdołałaby zastąpić błogosławionej pamięci Sarę i swoją imienniczkę, Aniutę z Panina, które wybrały mnie, ja zaś bardzo w nich sobie upodobałem,
a kiedy siedzimy już przy niskim stoliku w salonie przy kominku (ułożone na krzyż smoliste polana płoną równym płomieniem, tchnąc ciepłem), przychodzi mi na myśl, że ten świętokatarzyński azyl chronić mnie będzie tylko na krótko, tym bardziej więc wtulam się w to darowane mi szczęście rodzinne, z bogochwalczym podziwem i zachwytem wpatruję się w śliczną panią pułkownikową i w Anię, która jest nią - młodszą o ćwierćwiecze - i mam je teraz dwie, życzliwe i dobre, matkę i siostrę, i przejmuje mnie to taką tkliwością, że aż obawiam się uwierzyć do końca, że to prawda, że tak jest istotnie, że to nie złudzenie, że to nie czary, za którymi kryje się szmaragdowooka wróżka i czarodziejka Morag,
i nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy podczas podwieczorku, oszołomiony niespodzianym-spodziewanym szczęściem, ale w pewnej chwili pani pułkownikowa zwróciła się do córki:
- Wskaż Drzejkowi jego pokój... A potem możecie jeszcze u ciebie pograć w szachy,
i w panieńskiej mansardowej izdebce Ani usiedliśmy naprzeciwko siebie z szachownicą na kolanach, która łączyła nas tak przyjaźnie, siostrzanie, i pomyślałem przelotnie, że nie będę jej bratem, lecz siostrą, niemal bliźniaczką, i że ta więź okaże się silniejsza, że będziemy sobie bliższe - dwie dziewczyny wchodzące w słodką porę zakwitania,
a tymczasem jej białe pionki ruszyły przeciwko moim czarnym i wiedziałem, że jej nie sprostam, będę musiał ulec, Ania niecierpliwym ruchem ręki rozrzuciła naraz figury, zresztą i tak zaniechalibyśmy wkrótce gry: jej kolana dotykały moich i płynące od nich ciepło i tajemniczy zew dziewczęcości, zapach, świeży i cierpki, wszystko to sprawiłoby, że figury i tak by znieruchomiały, i Ania poprosiła, żebym jej opowiedział o tych baśniowych krainach, dokąd podróżowałem to na latającym dywanie, to na skrzydlatym gryfie, to w warkoczach północnej wichury,
i po chwili, z głową na moim ramieniu, wsłuchiwała się w cichy głos swojego nowego brata, nie siostry, jak mi się marzyło, nie dziewczyny, ale chłopca!, a je naprędce tworzyłem opowieść, jaką chciała usłyszeć, o zakochanych z Gulistanu, z Krainy Róż, i ona, księżniczka Farnad, miała postać i rysy Ani, a on, królewicz Ali o dziewczęcej urodzie, syn władcy sąsiedniego państwa, to nikt inny, tylko ja, i wymieniali listy, które przenosiły oswojone gołębie, kochali się na odległość i wierzyli, że muszą się spotkać...
i pewnej nocy pozwoliłem im na to: pod osłoną ciemności stanęli jedno przed drugim - takie przelotne zbliżenie: ledwie zdążyli uścisnąć sobie dłonie i musnąć wargami usta,
i Ania uniosła zachwyconą twarz, i zbliżyłem usta do jej warg, ale nie był to wcale taki niewinny półpocałunek siostrzano-braterski...
i przed zaśnięciem pomyślałem jeszcze:
„A więc zostałem wybrany do szczęścia!",
i wkrótce na dobre wszedłem w sen: morze bezdenne już przy samym brzegu.
premiera: czerwiec 2011
wydanie: I
gatunek: powieść
oprawa: twarda
format: 12,3 x 19,5 cm
liczba stron: 272
ISBN[zasłonięte]978-8314-917-4
Książkę można odebrać osobiście w Gdańsku Ujeścisko
W sprawie zamówienia większej ilości proszę o kontakt mailowy lub telefoniczny
(dane kontaktowe w zakładce o mnie)
|