|
Deszcz cheeseburgerów, pałac z pomarańczowej galaretki, góry lodów pistacjowych na podwórzu i steki wystające poza brzegi talerza to przedmioty moich snów od dawien dawna. "Klopsiki i inne zjawiska pogodowe" z tonami jedzenia na ekranie urzeczywistniają nie tylko moje fantazje, ale i każdego wiecznie nienasyconego smakosza, który na jedzenie reaguje jak Rocky z "Drużyny RR" na szwajcarski ser z dziurami. Flint Lockwood, główny bohater "Klopsików" i sprawca smakowitych opadów atmosferycznych, jest naukowcem samoukiem. Od dziecka marzył, że kiedyś jego wynalazki będą służyły ludzkości, a cały świat w podziękowaniu będzie mu się kłaniał w pas. Marzenia wydają się jednak odległe, bo jego wynalazki to same niewypały, a on postrzegany jest raczej jako godne ulitowania dziwadło. Nawet ojciec Flinta nie jest zachwycony jego cudacznymi konstruktami i o wiele bardziej wolałby, żeby chłopak zmądrzał i w końcu pomógł mu w prowadzeniu sklepu. Pewnego dnia, zupełnym przypadkiem, chłopakowi udaje się objąć kontrolę nad pogodą. Jego maszyna do zamieniania pary wodnej w jedzenie trafia do atmosfery i od teraz z nieba pada to, co tylko on zapragnie. Oryginał, na którym Sony oparło fabułę "Klopsików", ukazał się w amerykańskich księgarniach ponad trzydzieści lat temu. Aż dziw bierze, że książka Judi Barret musiała czekać tak długo, by ktoś zechciał przenieść ją na duży ekran. "Klopsiki" są dowodem, że patrzenie na różnego rodzaju potrawy może być równie przyjemne, co samo ich spożywanie. Czy jest ktoś, kto nie wzruszy się na widok cyklonu utworzonego ze spaghetti w tłustym sosie bolognese? Nawet jeśli film ogląda się po sutym posiłku, spodoba się choćby ze względu na rasową animację i zabawne postaci. Wysportowany i nieco nadpobudliwy policjant przypomina Tackelberry’ego z "Akademii policyjnej", piękna pogodynka to młodzieńcze wydanie szalonej reporterki Carli Columny ("Słoń Benjamin"), a sam Flint to nikt inny jak trochę bardziej ucywilizowany Dexter ("Laboratorium Dextera").
|