Okładka Painkiller zapowiada ostrą, bezkompromisową muzyczną masakrę.Odpalamy i zaraz na początku stwierdzamy, że nie ma w tym określeniu żadnej przesady. Wita nas perkusyjna kanonada w wykonaniu nowego nabytku Judas Priest Scotta Travisa, potem włączają się roziskrzone gitary i ostry jak brzytwa falset Halforda. Tak drapieżnie Judas Priest jeszcze nie brzmieli. Przez całe sześć minut otwierający album utwór tytułowy z furią zapowiada najlepszą płytę w dyskografii zespołu.
Painkiller wypełnia ostra, gitarowa, prawdziwie heavymetalowa (choć w sumie album ten podchodzi pod speed metal) jazda przepełniona gitarowym szaleństwem, podpartym niezmordowaną galopadą perkusji (często przy użyciu podwójnej centrali), Nad tym wszystkim panuje będący w życiowej formie Halford. Ostre granie wzbogacone jest spokojnymi, mrocznymi wstawkami w Night Crawler i klimatyczną, instrumentalną miniaturką Battle Hymn.
Chyba najwięcej przebojowości ma dynamiczny Between the Hammer and the Anvil z klasycznym riffem. Wyróżniają się też wspomniany Night Crawler, rozpędzony Metal Meltdown z wibrującym gitarowym intro oraz szalenie melodyjny Hell Patrol. Chociaż... na tej płycie nie ma złych numerów.
Warto szczególnie zwrócić uwagę na niespokojny Touch of Evil wolniejszy kawałek z ciężkim, intensywnym riffem gitarowym, przejmującym śpiewem Halforda i nadającymi utworowi nieco orientalnego posmaku klawiszami (robota Dona Aireya). Utwór ten zostaje na długo w pamięci, ukazując przy okazji, że oprócz zamiłowania do heavymetalowej jazdy "bez trzymanki", Priest umieją tworzyć tak wysmakowane, klimatyczne utwory.
W przypadku Painkiller nie mam wątpliwości, że to najjaśniejsza odsłona Judas Priest i punkt kulminacyjny ich kariery. Jeśli chodzi o heavy metal to ta płyta jest z absolutnie najwyższej półki.