Pomijając nieudany Point Of Entry można powiedzieć, że po świetnym Stained Class i dobrym Killing Machine forma Judas Priest rosła... jak dla mnie na Defenders Of The Faith osiągnęła apogeum. Album ten jest doprawdy znakomity, począwszy od rozpędzonego, czadowego Freewheel Burning aż do ostatnich dźwięków tytułowego numeru mamy do czynienia z wyśmienitym, dopracowanym materiałem.
Dominują oczywiście mocno riffowane heavymetalowe killery jak pędzący na złamanie karku Freewheel Burning, dynamiczne Jawbreaker i Eat Me Alive, przebojowe Rock Hard Ride Free, The Sentinel (niesamowity Halford) czy przyciężkawe Heavy Duty harmonijnie przechodzące w finalny Defenders of the Faith. Są też utrzymane w średnim tempie Love Bites i kolejna kompozycja Boba Halligana Jr. Some Heads Are Gonna Roll, a także quasi balladowe Night Comes Down. Wszystko okraszone naprawdę dobrym, mocnym brzemieniem i tym, do czego Judas Priest zdążyli już przyzwyczaić swoich fanów. Bo trudno szukać tu nowych muzycznych definicji, można raczej się zachwycać znakomitym wykorzystaniem wypracowanej wcześniej "judasowej" receptury na heavymetalowe przeboje.
Najlepsze na płycie? The Sentinel, Freewheel Burning, Night Comes Down... słabego numeru właściwie nie ma. Na pewno album zasługuje na miejsce wśród najlepszych dokonań klasycznego heavy metalu.