Biruta Markuza, "Dziennik z prowincji świata", Poznań, Zysk i S-ka, 2009, s. 203 + il.
Rec. z bloga "Prowincjonalnej nauczycielki":
Cóż jest ową prowincją świata, o której pisze Biruta Markuza? To Papua Nowa Gwinea.
Autorka, polska malarka, pisarka, tłumaczka i scenografka trafiła na PNG w roku 1984. Wyobrażam sobie jak wielkim szokiem po szaroburej Polsce musiało być barwne nowe miejsce do życia. Pani Markuza rysowała lokalną roślinność na zlecenie wydawnictw naukowych, prowadziła zajęcia uniwersyteckie, malowała i organizowała wystawy oraz żyła chłonąc cały dość egzotyczny dla siebie świat, odwiedzając przy okazji jeszcze i Australię, i Nową Zelandię.
Dużo jest w książce codzienności - wszak dziennik zazwyczaj jest jej poświęcany. Znajdziemy jednak sporo informacji o przyrodzie, zasadach społecznych i obyczajach panujących w PNG. Ciekawie brzmią opisy wielonarodowych, czy wielowyznaniowych społeczności:
"W ubiegłym tygodniu aż trzy proszone kolacje u Hindusów. (...) Każdy z nich jest innego wyznania i ich sposób jedzenia jest inny. Muzułmanie nie piją żadnego alkoholu, mogą jeść mięso wołowe i jagnięce ze specjalnego uboju. Wieprzowina całkowicie wykluczona. Wyznawcy hindu piją alkohol, ale nie jedzą żadnego mięsa. Tamile nie piją żadnych napojów alkoholowych, są wegetarianami i nie jedzą nawet jaj."
Pomiędzy tymi wszelkimi nowinkami autorka porusza się sprawnie, przechwytując sobie odpowiadające zasady i stosując je choćby w kuchni.
Z racji zamiłowań i wykształcenia artystycznego autorka wędruje w poszukiwaniu sztuki tworzonej przez tybulców, a my otrzymujemy przegląd trendów, ornamentyki, powiązań sztuki z religią czy wierzeniami.
Podobał mi się sposób w jaki Biruta Markuza przedstawiała swoim czytelnikom dole i niedole życia na drugiej półkuli. Czyni to w sposób odległy od panującej nam wszech poprawności politycznej;) Zamarzyły mi się pustkowia, ocean, dom ze służbą, owoce za grosze i nieznany ląd:)
P.S. Fragment relacji z wizyty Jana Pawła II na PNG:
"Papież przemawia w pidżynie. Mówi o pierwszych 60 misjonarzach, którzy przyjechali tu głosić wiarę Chrystusową i zginęli śmiercią męczeńską. Przez delikatność nie wspomina, że zostali zjedzeni."
Krzysztof Schmidt, Nozomi Nakanishi, "Iriomote - wyspa dzikich kotów", Poznań, Zysk i S-ka, 2008, s. 202 + il.
Rec. Kamila Świątkowskiego (http://przykominku.com/iriomote)
Polsko-japoński duet badaczy prowadził dziesięciomiesięczne obserwacje niewielkiej populacji dzikich kotów na wyspie Iriomote, niedaleko Okinawy. Zwierzęta te zostały uznane za prawdopodobny gatunek lub podgatunek charakterystyczny tylko dla tej wyspy i niewystępujący poza nią. Książka o dzikich kotach z Iriomote jest jednym z owoców tych dziesięciu miesięcy. Nie są to jednak zwykłe przechwałki podróżującego po świecie naukowca.
Krzysztof Szmidt już od pierwszych słów zaznacza, że wyjazd, na prawie rok, do Japonii był dla niego niesamowicie silnym przeżyciem zarówno pod kątem możliwości naukowych jak i własnych obaw. Taka dość nietypowa mieszanka doktorskiego profesjonalizmu i dziecięcego, czasami, zachwytu sprawia, że książkę o kotach czyta się z ogromną przyjemnością.
Inna sprawa, że gdyby przyszło mi zakwalifikować jakoś ten tytuł, to najprawdopodobniej umieściłbym go w dziale podróżniczym, ale działy: zoologiczny i pamiętników byłyby równie właściwe.
Jako badacz kotów, Szmidt przedstawia ich historię rzetelnie, uwzględniając wszystkie niejasności klasyfikacyjne i dotychczasowe problemy z obserwacją i badaniami. O swoich wnioskach pisze z pewną rezerwą, ale również tu wspomina o prostych przeszkodach, które jednak mogły zniweczyć wartościowe, długotrwałe i często męczące poszukiwania. Jako typowy turysta, autor dzieli się z czytelnikiem swoimi odczuciami na temat innych, charakterystycznych dla tego obszaru zjawisk. Tym razem obyło się bez tsunami, ale tajfuny i trzęsienia ziemi pojawiały się na pewno częściej niż mógłby sobie tego życzyć. W wolnych chwilach przeplatały się one z sezonowymi festiwalami organizowanymi po obu stronach wyspy. Relacje dotyczące obu tych atrakcji pełne są świeżego zachwytu, a pozbawione zbędnych porównań. Mimo wszystko jednak nawet tu daje o sobie znać dusza badacza – autor zastanawia się nad tym, ile sake jest w stanie wypić jeden smok, dlaczego wszystkie domy na skrzyżowaniach na wyspie mają taką samą tabliczkę z nazwą, czy wreszcie pozwala sobie na analizę historycznego tła wspomnianych ceremonii.
Badania nad kotami przeprowadzane były kilka lat temu. Mimo to autor nie mówi nic na temat efektów stricte naukowych. Wnioski są, dodatkowe informacje - zebrane już po opuszczeniu wyspy - również, prawdopodobnie badacz zna także odpowiedź na swoje pytanie o rozwój turystyczny wyspy i idące z nim w parze zagrożenia dla populacji kotów z Iriomote. Mimo to nie wspomina, czy została napisana praca na ten temat ani jak została ewentualnie przyjęta. Poprzedni badacz kotów zażyczył sobie, by wyspę, dla dobra zwierząt, opuścili ludzie. Może też dlatego Szmidt poprzestał bardziej na funkcji popularyzatorskiej, przekazując informacje zebrane podczas swoich badań i pisząc książkę, którą czyta się naprawdę przyjemnie. Czuć tę delikatną nutę egzotyki między wierszami.
OBIE KSIĄŻKI NOWE