Przedmiotem aukcji jest porada.
Nie udzielamy bezpłatnych porad telefonicznych czy mailowych.
Przykład:
" / relacja p. Basi z Kamienia Pomorskiego/
Prawie 30 lat temu, latem 1977 roku przed wyjazdem na wczasy na Węgry, rozbolało mnie w okolicach nerek.
Pani doktor rozpoznała u mnie „korzonki” i zaaplikowała na nie zastrzyki przeciwbólowe.
„Wracam z pracy i wziął mnie straszny atak”. Jakoś się dowlokłam do domu i wezwałam pogotowie.
Przyjeżdża felczer z Dziwnowa i mówi, że to są nerki i chce mnie do szpitala skierować.
Mówię mu’ „Panie doktorze niech Pan robi wszystko żebym jutro o 6 rano wyjechała na Węgry.
Lekarz stwierdził kolkę nerkową i…pojechał dla mnie do apteki wykupić leki, bo ja byłam jeszcze sama będąc wówczas panienką. Przywiózł leki dał mi zastrzyk. Pojechałam na Węgry z lekami i „Pyralginum” w ampułkach.
Bóle mi ustąpiły, ale od tego czasu zaczęłam mieć nadciśnienie. Od listopada 1977 roku po ślubie zaczęłam się leczyć u miejscowego felczera w Kamieniu Pomorskim.
Lekarz ten dawał mi różne preparaty na kamicę. Ciągle przebywałam na zwolnieniach, aż po komisji lekarskiej zostałam rencistką.
Wkrótce skierował mnie do szpitala z podejrzeniem kamicy. Tam zrobili mi urografie, ale guzik ta urografia pokazała, ponieważ mieli stary sprzęt.
W wigilię 1977 roku wybrałam się do rodziny do Poznania i tam dostaję atak. Straszny ból aż pod płuca. Przyjeżdża pogotowie i pytają się, co jadłam. Gdy odpowiadam: pomarańcze, cytryny, itp. Słyszę od lekarza: „A, już wiem, jest to piasek albo kamyczki na nerkach, bo cytryna nie poruszyła tego, ale pomarańcz poruszył i dlatego dostała Pani kolkę nerkową”.
Dostałam zastrzyk rozkurczowy i mi wówczas przeszło.
W szpitalu w 1978 roku wezwany na konsultację neurolog stwierdził „ przewlekłe zapalenie miedniczek nerkowych” i kieruje mnie do nefrologa do Szczecina.
Tam jestem leczona różnymi preparatami biorąc po 12-14 tabletek jednorazowo. Jedna noc spędziłam w hotelu czekając na miejsce w którymś ze szczecińskich szpitali. Nie umieszczono mnie jednak w szpitalu, bo nie było miejsca. Dostałam receptę, po której pani nefrolog powiedziała, że będę niebiesko siusiać.
Doszłam z tą receptą do apteki na ul.Wyzwolenia i w aptece dostaję ataku. Z stamtąd zabiera mnie pogotowie, wiozą mnie do szpitala na Golęcin. Pokazuje wszystkie wyniki, bo miałam je przy sobie, a lekarze mówią:”zapalenie przydatków kobiecych”. W szpitalu badający mnie lekarz mówi: „…ja tu nie widzę zapalenia przydatków”, ale zatrzymują mnie w tym szpitalu, bo ja już mam gorączkę ok. 39 stopni.
W następnym dniu robią różne badania jakieś zastrzyki przeciwzapalne. Biorą mi mocz prosto z pęcherza i wychodzi wynik z bardzo licznymi kryształami szczawianów wapnia. Miałam bardzo silne bóle w narządach rodnych, aż takie, że od nich bolało mnie serce.
Mąż zbierał mi listki z dzikich porzeczek czarnych i zaparzałam to sobie robiłam „nasiadówki” sama próbując sobie pomóc korzystając, wbrew lekarzom, z podpowiedzi rodziny i znajomych. Czytałam dużo już od roku o dolegliwościach związanych z nerkami po pierwszych bólach. Bałam się, gdy bolało mnie na dole, że z tego może być rak.
Lekarze dawali mi tylko środki przeciwbólowe. Ja uważałam, że to kamienie przedostały się do pęcherza i raniły mnie, dwa czy trzy razy mocz miałam jak czarna kawa. Po trzech dniach idę do ubikacji, położyłam na spód miski ustępowej
kawałek ligniny i czuję, że napiera mnie ból, nie mogę zrobić siku. Ale zmusiłam się i raptem…patrzę… są 3 kamienie!.
Ból mi ustał, lecę wesoła na oddział i mówię; „…ja już wiem co mi było ja już jestem zdrowa proszę mnie do domu wypuścić.”.
Było to 2 tygodnie przed wyznaczoną data urografii. Urografia po urodzeniu tych kamieni już nic nie wykazała.
Po tych zdarzeniach czułam się przez kilka lat dobrze.
Po kilku latach zaczęło mnie boleć w okolicach stawów biodrowych, bolały mnie ręce, leczono mnie bezskutecznie na reumatyzm, pomimo, że wyniki były w normie. Ponieważ nie byłam zadowolona z naszych lekarzy, jeździłam prywatnie do „Medicusa” w Szczecinie.
Tam pracujący ordynator oddziału wewnętrznego szpitala wojskowego, co dwa, trzy tygodnie, dawał mi jakiś zastrzyk, który trochę uśmierzał moje dolegliwości. Coraz częściej miałam kłopoty z chodzeniem, twierdzono, że to korzonki.
W październiku1984 roku weszłam na strych i wstając uderzyłam się bardzo mocno o kant półki w okolicach prawej nerki. Gdy wieczorem kąpałam się, prosiłam męża, żeby sprawdził czy mam siniaka. Powiedział, że siniaka nie mam, ale mam czerwoną kropkę.
Źle się czułam, ciągle mnie pobolewało i wszyscy lekarze twierdzili, że to korzonki. Tak mi dokuczały te bóle, że nawet nie chciałam iść na prywatkę w Sylwestra 84’, ale pod presją męża poszłam.
3 stycznia 1985 roku w trakcie srogiej zimy, pojechałam do Szczecina ze skierowaniem do lekarza reumatologa.
Czekając w kolejce do lekarza dostaję ataku w „Medicusie” podobnego do tego pierwszy raz, gdy miałam kolkę nerkowa i z trudem dowlokłam się do domu. W „Medicusie” proszę ludzi, żeby mnie przepuścili w kolejce, ale oni nie dowierzając, nie chcieli tego uczynić, tylko kpili, „… a to może i nas ktoś przepuści?”.
Z wielkim trudem dobrnęłam do okienka rejestracyjnego i mówię: „ nie wiem, co się dzieje, może atak nerki…Mam straszny ból.”. Pielęgniarka prowadzi mnie do gabinetu od zaplecza, lekarz stwierdza, że to jest atak nerki i daje mi zastrzyk przeciwbólowy. Jednak to mi nie pomaga, ani stać, ani siedzieć. Tak cierpiałam od 9-tej rano do 13-tej po południu. Poprosiłam pielęgniarkę, żeby powiadomiła rodzinę szwagra mieszkającą w Szczecinie, co się ze mną dzieje.
Szwagierka szybko przyjechała do mnie i energicznie zrugała lekarza, że mi nie pomaga przez tyle godzin, a przecież mogły być dalsze powikłania, co było bardzo prawdopodobne po dalszym przebiegu wydarzeń. Lekarz tłumaczył się, że „…dostała zastrzyk i to nawet potrójny i przecież widać, że już pojawił się rumieniec”. A na to szwagierka: „Jest Pan pewien, bez specjalistycznych badań, a może to przedśmiertny rumieniec?!”. Dopiero po Jej interwencji lekarz wezwał pogotowie pod groźbą wytoczenia sprawy.
Pogotowie zawiozło mnie do szpitala na ul. Arkońskiej, kładą mnie na zimnej Izbie Przyjęć, ja krzyczę, żeby mi dali morfiny, a oni mnie pytają jak narkomankę: „Czy brała Pani kiedyś morfinę?”. Odpowiadam wijąc się z bólu, że „… nie, ale wiem, że jest to skuteczny środek!”.
Dali mi kroplówkę. To mi nie pomaga. Bardzo chce mi się pić, jest mi zimno. Dają mi gorące picie i tak mnie trzymają do godziny 17.30!
Chcą mnie odesłać do Kamienia, bo to …rejonizacja(!). Czekali aż do Kamienia będzie jechało jakieś pogotowie!
Jednak pilnująca mnie szwagierka już wróciła z wykładów niemieckiego ze studentami i ponownie gwałtownie interweniowała. Zrobiono mi dopiero wówczas badania podstawowe krwi. Okazało się, że mam tylko 49% hemoglobiny! Pytają mnie: „Jaką miewa Pani hemoglobinę?”, a ja na to już hardo: „A ile mam?” . Odpowiadają: „ 49, a ja „co?!, ja mam normalnie 98%!”. Wtedy wezwali dopiero ginekologa. Ginekolog mówi: „Pacjentka nie broni dołu brzucha, pacjentka broni okolicy prawej nerki i stwierdza: „PĘKNIĘCIE CIĄŻY POZAMACICZNEJ”!!!
Szybko wiozą mnie do szpitala wojskowego, bo tam był ostry dyżur. Z miejsca biorą mnie na stół operacyjny, pod nóż. Mówią mi, że musi być natychmiastowa operacja. Opowiadam im historię moich dolegliwości, ale stwierdzają, że już nie ma czasu na żadne badania, bo ja bardzo słabnę i mdleję. Byłam już bardzo blada, spadało mi krążenie, bo przecież miałam wewnętrzny krwotok, którego oni przez tyle godzin nie rozpoznali i jak się miało okazać, błędnie rozpoznali.
Otwierają mnie ginekologicznie i …„Wszystko w Porządku!”.
Ale jeden z lekarzy tuż przed zaszyciem dojrzał …maleńki skrzepik wielkości główki od szpilki. I mówi: „Och!, musi być jakieś krwawienie dalej. Rozcinają ponownie aż pod mostek, szukają i w końcu w pewnej chwili podejrzewają, że to „..Pęknięta Nerka!”. Nie mogą się jednak dostać do nerki, bo do nerki otwiera się …bok!. Jednak jakoś się z trudem dostali i zszyli ją, ale nie wiedzieli czy coś się z nią nie dzieje z drugiej strony, bo gdyby ją lekarz przekręcił, to mógłby ją urwać.
Odwieźli mnie na Intensywną Terapię i tam powiadomili mnie, że może być jeszcze jedna operacja, bo nie mogli się w pełni dostać do tej nerki. Pobierali mi z tętnicy krew, co pół godziny i patrzyli, co się dzieje.
Nie mogło być ze mną dobrze, bo powiadomili mojego męża Henryka telefonicznie, że może być ze mną źle i żeby jak najszybciej przyjechał.
Leżałam na Intensywnej Terapii 10 dni i kilka na urologii.
Już w lipcu tegoż 1985 roku zaczyna się znów ból rąk. Idę do lekarza w kamieńskiej przychodni, a ten aplikuje mi zastrzyki…przeciwreumatologiczne i pyralginum. Przepisują mi „kupę zastrzyków reumatologicznych i strasznie piekącą maść do smarowania”.
„Panie Stefanie, nie mogłam wytrzymać, po 10 minutach musiałam dokładnie myć ręce, bo pieczenie było okrutne!”. Pokazywałam wynik badania moczu, w którym jak byk pisało „ liczne szczawiany wapnia, ale lekarz leczył mnie bez badań(!) na reumatyzm! Niszczyłam sobie organizm końskimi dawkami, największymi ampułkami pyralginum i leków przeciwreumatologicznych, a to było, co innego! Nie spałam całymi nocami, tak silne miałam bóle.
Pewnej nocy ok. 1.00 dostaję ataku straszliwego bólu rąk, że wydaje mi się, że umieram. Sztywnieją mi ręce jak grabie.
Przerażony mąż wiezie mnie do szpitala, a tam wychodzi zbudzony przez pielęgniarkę lekarz i opieprza mnie:, „ Co!, o pierwszej w nocy z rękami do szpitala?!”. A ja na takie dictum złapałam się pod bok, przytupnęłam noga i powiedziałam: „A gdzie miał mnie wieźć?, do weterynarza?!”.
Lekarz już na dobre rozbudzony zamilkł i dostałam zastrzyk i skierowanie do…neurologa!
Neurolog stwierdził…nadwyrężenie i …dał mi skierowanie do ortopedy, żeby …usztywnić ręce(!), choć tłumaczyłam mu bezskutecznie i pokazywałam wynik z moczu z licznymi szczawianami, że to niemożliwe, bo po operacji bardzo się oszczędzam.
Ortopeda jak to usłyszał i zobaczył skierowanie, śmiejąc się pyta:” A czemu ja mam pani te ręce usztywniać?!”. I stwierdził, że to klasyczna DNA!. Kazał zbadać poziom kwasu moczowego, zalecił dietę i Milurit. Pożyczył mi lek ordynator oddziału wewnętrznego, bo go nie było w aptece. Wreszcie spałam i to aż całą dobę!.
Jednak pomimo brania Miluritu guzki z rąk nie znikały. Miejscowy reumatolog ponownie dawał mi leki reumatologiczne. Względny spokój na Miluricie trwał kilka lat.
W 1992 roku zaczęły się bóle łokci, kostek i coraz większe dłoni. W listopadzie 1992 r. Rano nie mogę stanąć na nogi- straszliwy ból śródstopia. Mąż zawiózł mnie na rowerze do lekarza. Znów dostałam zastrzyki przeciwbólowe i reumatologiczne. Ciut mi ulżyło.
W styczniu 1993 roku bolało ponownie nie do wytrzymania i dostałam zastrzyki po 3 blokady w łokcie. Ból ustąpił.
Przez kolejnych 10 lat pobolewało bez ataków. W 1999 r. umarł nagle mój mąż. Wkrótce podjęłam dodatkową pracę w biurze.
W 2003 roku ponownie zaczynają się ostre bóle stawów, ramion, karku, mam problemy ze stawaniem, rosną mi guzki na rękach. Mam coraz większe problemy z poruszaniem się pieszo, bardzo się męczę, źle sypiam, mam kłopoty z dusznością, oddychaniem, wchodzeniem po schodach. Krótki 300-metrowy odcinek do pracy muszę pokonywać powolutku rowerkiem.
Niby bez związku z podstawową chorobą, mam coraz większe kłopoty z nadciśnieniem, arytmię serca, łatwo się przeziębiam, mam zapalenia płuc, biorę antybiotyki i różne inne leki, m.in. na serce.
Proszę sama swojego lekarza pod wpływem informacji od Pana, że prof. Michał Tombak nazywa go „cichym zabójcą”, żeby mi dał skierowanie na poziom kwasu moczowego, ale, gdy wyszło 5,5 lekarz skomentował: „O, kwas moczowy jest w normie”. Lekarz ortopeda(!) nie dał sobie powiedzieć, że to efekty DNY i dawał zastrzyki przeciwzapalne, przeciwbólowe, reumatologiczne i blokady, tabletki, wapno- nic nie pomaga. W końcu dostaję skierowanie na konsultację do reumatologa.
Reumatolog zgadza się tylko na kilka blokad w stawy barkowe, bo one hamują powstawanie mazi stawowej. Dostaję jeszcze 7 blokad, w tym jedną w łokieć. Nic mi to nie ulżyło!
Nie mogę kosić trawy na swojej ukochanej działce, tak bardzo bolą mnie stawy i przeszkadzają duszności.
W lutym 2003r. wylądowałam w szczecińskim szpitalu na Arkońskiej z ciężką arytmią i nadciśnieniem. Miałam wówczas kwas moczowy tylko na poziomie 2,7 a bóle nie ustępowały.
Po powrocie do pracy zauważyłam, że już coraz większe mam trudności z pisaniem, a nawet stawianiem pieczątek na fakturach, tak bolały mnie ręce i stawy.
W październiku 2003 roku zabiera mnie pogotowie, bo dostałam straszliwych boleści brzucha, czułam nudności, że brzuch mi puchnie i zbiera mi się na wymioty. Lekarz kieruje mnie do szpitala. Po 1,5 godzinnym pobycie na izbie przyjęć, przyjęto mnie na oddział internistyczny. Dostałam kroplówkę, ale nic mi nie przeszło. Przyszedł na konsultację chirurg i mówi: „…to nie pomoże”. Polecił podąć sól fizjologiczną i zrobić sondę żołądkową. Stwierdzono zatrzymanie trawienia, pracy trzustki, wysoki poziom cukru.
Dostałam tabletki i po tygodniu ustąpiły dolegliwości brzucha.
Przebywałam wciąż na zwolnieniach lekarskich, a ZUS patrzył podejrzliwie i wzywał na komisje.
Czułam, że śmierć jest blisko.
Moja twarz w lustrze była ziemista, szara, zbolała i smutna.
10-go stycznia 2004r. za Pańską namową wzięłam udział w wykładzie w restauracji „Steńka” w Kamieniu Pomorskim nt. życia zgodnie z naturą i ze swoją grupą krwi.
Wiedza o genetyce i powiązaniach diety ze zdrowiem człowieka i pokaz rewolucyjnego badania krwi, zrobiły na mnie piorunujące wrażenie.
Po powrocie do domu z wypiekami na twarzy, wyrzuciłam natychmiast wszystko, co niezgodne z moją grupa krwi, żeby nie kusiło.
Rozpoczęłam ścisłą dietę według swojej krwi grupy „A” uzupełnioną jeszcze nie łączeniem węglowodanów z białkami wg prof. Michała Tombaka i Jego kuracją cytrynową.
Zamówiłam natychmiast….
Piłam dzielnie na czczo 100% sok z cytryn i brałam preparaty. Gdy po 12 dniach wypiłam sok z 200 cytryn, byłam z siebie dumna i piłam dalej przez pół roku po 5 dziennie, wierząc nie tylko Tombakowi, ale i Panu, p.Stefanie, bo przeszedł Pan to samo chorując wcześniej 30 lat, a przy okazji zgubił bez odchudzania 20 kg!. A ja to wszystko naocznie obserwowałam pracując w Pana biurze, więc nie miałam wątpliwości. Już po kilku tygodniach, troszkę mnie odblokowało.
Kryzys przechodziłam po 3 miesiącach, w kwietniu 2004r., bo chciałam szybszych efektów, a one nie przychodziły. Gdy mi Pan tłumaczył, że to co tworzyło się latami warstwami jak lakier kładziony na samochód czy kamień w czajniku, tak w żyłach i stawach, musi rozpuszczać się bezpiecznie powoli bez skutków ubocznych, likwidując złogi jak kropla drążąca skałę.
Czytałam książkę dr Adamo „Żyj wg Grup Krwi” i Tombaka „Uleczyć Nieuleczalne” i inne.
Choć wiedziałam, ze muszę być cierpliwa i min. pół roku czekać na efekty, to nie było mi łatwo. Koszt ok. 400 zł miesięcznie niewiele, co prawda przekraczał wcześniejsze wydatki na chemiczne farmaceutyki, ale dodatkowe wydatki na cytryny i odnowa domowej spiżarni, nadszarpnęły mój budżet.
Gdy jednak w maju zaczęło mnie puszczać, poczułam wielką radość. Powoli opuszczało mnie zmęczenie i słabość oraz duszności i nadciśnienie. Przestała boleć trzustka.
W czerwcu nadal spadało ciśnienie i ustąpiła arytmia, bezsenność, ustępowały bóle stawów, kręgosłupa, głowy i rąk.
Zaczęłam znów kosić sama swoją działkę i w lipcu poczułam, że praktycznie wszystkie dotychczasowe problemy ze zdrowiem ustąpiły.
Przestałam zamęczać lekarzy cotygodniowymi wizytami. Czuję się lepiej, niż 30 lat temu. Ciśnienie mam książkowe. Utrzymuję ścisłą dietę jedząc do syta zgodnie ze swoją grupą krwi.
Udzielam się towarzysko i społecznie, chodzę na ogniska, prywatki, Sylwestra i zabawy, bo wreszcie znowu mogę tańczyć i śpiewać, a co kiedyś robiłam prawie zawodowo i bardzo lubiłam.
Wróciła mi radość życia, odkrywam kolejny jego sens.
Wierzę, że jak biblijni patriarchowie, możemy żyć w zdrowiu i harmonii, znacznie dłużej, gdy będziemy to robić w zgodzie z Panem Bogiem i Jego prawami.
Barbara T."
Zapraszamy do oglądania naszych filmów: Życzymy miłych refleksji...
http://www.youtube.com/watch?v=rATyrLSJ7vI
http://www.youtube.com/watch?v=_wJPnMJZHtc&feature=relmfu
http://www.youtube.com/watch?v=WJNX5GIudC8&feature=relmfu
http://www.youtube.com/watch?v=OhWbkwVxz00&feature=relmfu
http://www.youtube.com/watch?v=5Tr7F41mzio&feature=relmfu
UWAGA: Udzielamy również na wysokim poziomie naukowym i praktycznym wszelkich usług z zakresu diagnostyki naturopatycznej, ziołolecznictwa, kręgarstwa i naturalnych metod terapii. Specjalizujemy się w najtrudniejszych przypadkach, kiedy inni nie potrafią pomóc, zarówno w alergiach czy astmach, jak i Crohnie, WZW czy nowotworach. Udzielamy konsultacji fizjologicznych i dietetycznych gabinetom alergologicznym, odnowy biologicznej, uzdrowiskom, ośrodkom rehabilitacyjnym, ośrodkom fitness, Uniwersytetom III Wieku, stowarzyszeniom diabetyków, sportowcom, trenerom i osobom indywidualnym.
Prowadzimy kursy szkoleniowe, turnusy, wykłady i świadczymy wszelkie usługi w tym zakresie, w tym na indywidualne zamówienia ośrodków, firm i grup.
Szkolimy w systemach indywidualnych w w/w zakresach zarówno lekarzy, naturopatów, jak i osoby, które dopiero chcą zacząć swoją pasję w tych dziedzinach.
www.uleczyc-nieuleczalne.pl
Tel. 788[zasłonięte]757